Jechałam sobie dziś z pracy do domu,pedałując zawzięcie pod wiatr,pod słońce,i trochę pod prąd. Drogą dla rowerów jechałam,ale piesi,prawem kaduka (?) uważają,iż rzeczona droga dla rowerów- jest jeno marginesem,wydartym siłą i przemocą z chodnika,który,a jakże-do nich należy,co demonstrują,godnie krocząc sobie środkiem jakiejś-ha-ha-drogi dla rowerów.Na dźwięk dzwonka-zbaczają niechętnie w bok,raczej dla pokazania swojej dobrej woli, niż na skutek rozumowego kojarzenia prostych faktów. Mijając takiego pieszego,który na rękę mi idzie-doznaję czegoś w rodzaju skruchy,i prawie zawsze,przy mijaniu-majstruję sobie coś przy dzwonku,że ja niby jakieś tylko testowanie poczyniłam,a nie prostackie,nachalne dzwonienie na zwykłego,nieuzbrojonego pieszego.I nawet czasami posuwam się dalej,i po wyminięciu rzeczonego-dzwonię sobie raz czy dwa razy, aby sprawa była jasna-testuję dzwonek.
No więc jadę.A jak jadę-to zwykle śpiewam. I jak każdy śpiewak przydrożny-śpiewem swym siebie głoszę światu.Nie ma tu miejsca ani czasu na żadną fuszerkę,czy chałturę. Jak to onegdaj pieśń głosiła:”Śpiewam-bo muszę!!!” A jak jest mus-to jest i gwarancja autentycznościJ Takoż i dziś-do domu pedałując-nuciłam sobie na pół gwizdka,z uwagi na fakt,iż ulica była tłumna i nie było szans na pójście śpiewem na całość. Takoż na pół gwizdka,jak na osobę taktowną przystało. I co ja śpiewałam sobie dziś? A śpiewałam Ci ja „Hey,you”. Trzeba Ci wiedzieć,ze sto lat temu,gdy uczyłam się angielskiego prawie sama, to nauka owa polegała głównie na tym,iż brałam wkładkę z płyty (tak kiedyś było-texty dołączane były jako odzielne arkusze,włożone w okładki płyty) –najpierw „tłumaczyłam” sobie text,a później śpiewałam z tzw zrozumieniem. I śpiewałam razy tyle,że bardzo wiele textów całych płyt,od deski do deski-znam na pamiątkę po dziś dzień. Takoż i stało się z The Wall. Takoz i stało się z Hey,you.
No więc jadę. Pogoda,jak ze świętego obrazka-turkusowe niebo,posrebrzane chmurki,z pomiędzy chmurek- a jakże-złota pozłota po oczach daje. A ja,nie wiedzieć,czemu-zawodzę:”Out there, in the cold,getting lonely,getting old-can you feel me…?” Zapytasz-w czym rzecz..?Po co to..?Tematów zabrakło..? Nie-czytaj cierpliwie dalej-to jedynie nawiązanie.Do czego? Pomału,mamy czas. Dalej,sporo dalej Poeta napisał i zaśpiewał:” Open your heart-I’m coming home” Zaśpiewałam więc i ja.
I tu mam pierwsze nawiązanie.W tym bowiem momencie pieśń na ustach mych zamarła, przypomniałam sobie wczoraj obejrzany film bowiem. Film był „Water for Elephants”. Nie wiedzieć, czemu-byłam początkowo przekonana,ze idę na dzieło. No bo taki tytuł. No bo taki reżyser.Mało znany,i do tego z Wiednia. I z całego filmu utkwił mi w pamięci jeden text. Text był właśnie:”I’m coming home”. Powiedział to starszy człowiek-mieszkaniec domu starców. Całe życie spędził on wraz z trupą cyrkową, a teraz oto, po kilkunastu latach życia jako pensjonariusz w domu opieki-ma okazję powrotu do dawnego trybu życia.Do cyrku. I stąd to zdanie,wypowiedziane z błogim uśmiechem na obliczu.
No więc jadę i ta scena stoi mi przed oczyma. Stary człowiek,rozpromieniony wizją powrotu do dawnego życia. Trzeba Ci wiedzieć,ze po tych słowach film się wziął i skończył.
I stoi mi ta scena przed oczyma,i uderza mnie z nagła cały smutek i bezwzględność czasu,jakie zieją z nich prosto na mnie.
Nic nigdy nie jest „powrotem do domu”. Czas robi swoje,i wszelkie „powroty” nie są żadnymi powrotami,a proszeniem się o silne traumy,i to na własne życzenie. W żadnym cyrku nie grają ciągle ci sami artyści. Żaden spektakl nie jest grany wiecznie.
Nie wiem,czy reżyser to miał właśnie na myśli. Raczej nie. Ale ja tak sobie tę właśnie końcową scenę zapamiętałam najbardziej. Bo samej jakże często nurzam się we wspomnieniach-które w starciu z rzeczywistością-nie dają jej szans. Takoż w obróbce trwam, tłumacząc sobie,jak komu dobremu: „poniechaj !”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz