wtorek, 14 czerwca 2011

Z pieśnią na ustach :-)



Jechałam sobie dziś z pracy do domu,pedałując zawzięcie pod wiatr,pod słońce,i trochę pod prąd. Drogą dla rowerów jechałam,ale piesi,prawem kaduka (?) uważają,iż rzeczona droga dla rowerów- jest jeno marginesem,wydartym siłą i przemocą z chodnika,który,a jakże-do nich należy,co demonstrują,godnie krocząc sobie środkiem jakiejś-ha-ha-drogi dla rowerów.Na dźwięk dzwonka-zbaczają niechętnie w bok,raczej dla pokazania swojej dobrej woli, niż na skutek rozumowego kojarzenia prostych faktów. Mijając takiego pieszego,który na rękę mi idzie-doznaję czegoś w rodzaju skruchy,i prawie zawsze,przy mijaniu-majstruję sobie coś przy dzwonku,że ja niby jakieś tylko testowanie poczyniłam,a nie prostackie,nachalne dzwonienie na zwykłego,nieuzbrojonego  pieszego.I nawet czasami posuwam się dalej,i po wyminięciu rzeczonego-dzwonię sobie raz czy dwa razy, aby sprawa była jasna-testuję dzwonek.

No więc jadę.A jak jadę-to zwykle śpiewam. I jak każdy śpiewak przydrożny-śpiewem swym siebie głoszę światu.Nie ma tu miejsca ani czasu na żadną fuszerkę,czy chałturę. Jak to onegdaj pieśń głosiła:”Śpiewam-bo muszę!!!” A jak jest mus-to jest i gwarancja autentycznościJ Takoż i dziś-do domu pedałując-nuciłam sobie na pół gwizdka,z uwagi na fakt,iż ulica była tłumna i nie było szans na pójście śpiewem na całość. Takoż na pół gwizdka,jak na osobę taktowną przystało. I co ja śpiewałam sobie dziś? A śpiewałam Ci ja „Hey,you”. Trzeba Ci wiedzieć,ze sto lat temu,gdy uczyłam się angielskiego prawie sama, to nauka owa polegała głównie na tym,iż brałam wkładkę z płyty (tak kiedyś było-texty dołączane były jako odzielne arkusze,włożone w okładki płyty) –najpierw „tłumaczyłam” sobie text,a później śpiewałam z tzw zrozumieniem. I śpiewałam razy tyle,że bardzo wiele textów całych płyt,od deski do deski-znam na pamiątkę po dziś dzień. Takoż i stało się z The Wall. Takoz i stało się z Hey,you.
No więc jadę. Pogoda,jak ze świętego obrazka-turkusowe niebo,posrebrzane chmurki,z pomiędzy chmurek- a jakże-złota pozłota po oczach daje. A ja,nie wiedzieć,czemu-zawodzę:”Out there, in the cold,getting lonely,getting old-can you feel me…?” Zapytasz-w czym rzecz..?Po co to..?Tematów zabrakło..? Nie-czytaj cierpliwie dalej-to jedynie nawiązanie.Do czego? Pomału,mamy czas. Dalej,sporo dalej Poeta napisał i zaśpiewał:” Open your heart-I’m coming home” Zaśpiewałam więc i ja.
I tu mam pierwsze nawiązanie.W tym bowiem momencie pieśń na ustach mych zamarła, przypomniałam sobie wczoraj obejrzany film bowiem. Film był „Water for Elephants”. Nie wiedzieć, czemu-byłam początkowo przekonana,ze idę na dzieło. No bo taki tytuł. No bo taki reżyser.Mało znany,i do tego z Wiednia. I z całego filmu utkwił mi w pamięci jeden text. Text był właśnie:”I’m coming home”. Powiedział to starszy człowiek-mieszkaniec domu starców. Całe życie spędził on wraz z trupą cyrkową, a teraz oto, po kilkunastu latach życia jako pensjonariusz w domu opieki-ma okazję powrotu do dawnego trybu życia.Do cyrku. I stąd to zdanie,wypowiedziane z błogim uśmiechem na obliczu.
No więc jadę i ta scena stoi mi przed oczyma. Stary człowiek,rozpromieniony wizją powrotu do dawnego życia. Trzeba Ci wiedzieć,ze po tych słowach film się wziął i skończył.
I stoi mi ta scena przed oczyma,i uderza mnie z nagła cały smutek i bezwzględność czasu,jakie zieją z nich prosto na mnie.
Nic nigdy nie jest „powrotem do domu”. Czas robi swoje,i wszelkie „powroty” nie są żadnymi powrotami,a proszeniem się o silne traumy,i to na własne życzenie. W żadnym cyrku nie grają ciągle ci sami artyści. Żaden spektakl nie jest grany wiecznie.
Nie wiem,czy reżyser to miał właśnie na myśli. Raczej nie. Ale ja tak sobie tę właśnie końcową scenę zapamiętałam najbardziej. Bo samej jakże często nurzam się we wspomnieniach-które w starciu z rzeczywistością-nie dają jej szans. Takoż w obróbce trwam, tłumacząc sobie,jak komu dobremu: „poniechaj !”

niedziela, 12 czerwca 2011

Miasto,rzeka i ja.

Miasto wyludnione-święto dziś. W kraju,gdzie jedyną religią,scalającą obywateli-jest wiara w kasę oraz cudowną moc rzeczonej-w kraju,gdzie kościoły robią już tylko za muzea, zwykle pozakluczane na siedem spustów,bo przecież jakby były pootwierane,to by sobie wchodzili,jak do siebie,a tak- muszą zapłacić bilet,nawet wtedy,gdy pośród chętnych znalazłby się jakiś naiwny a zgnębiony, ku ziemi zgięty człowiek,szukający chwili sam na sam z tzw sprawami wyższymi,szukający wytchnienia –nawet ten,pokorą wiedziony i chęcią pokajania się—nie mógłby ot-tak sobie wejść i rzeczonego spokoju zaznać w cichej a chłodnej nawie—nie—najpierw stop—bilet—szukanie po kieszeniach—liczenie kasy—i cała chęć pokajania się bierze w tzw łeb—i już pryska moment niezwykłości—i już pokorny turystą się staje—już dołączył do całej reszty- tych z aparatami i fleszami,co Rubensom po oczach dają,aż do łez….

Miasto wyludnione dziś. Mamy święto W-Niebo-Wstąpienia (nie pytaj mnie-wiem tyle,co i Ty)—wszędzie spokój i cisza-jest już siódma rano,słońce oraz ptactwo daje znać o sobie-i w tym świergocie porannym i ja biorę sobie udział—szykując się szparko do wylotu. Wylatuję na swój bieg patrolowy,wzdłuż rzeki Skaldy-dobiec tam muszę poprzez kilka ulic, co czynię chętnie,bo lubię napawać się faktem niezwykłości każdego poranka,a poranek taki,jak ten-z ludzi ogołocony—jest mi szczególnie miły. Biegnę sobie,wsłuchując się w mój  rytmiczny tupot białych butów. Żywej duszy dookoła-jestem tylko ja, oraz miasto me.Jakże życzliwie mi się przyglądające-mające czas dla mnie-pochylajace się ku mnie rzędami domów swoich,które ku rzece mnie prowadzą. To mój czas. Jeszcze trochę,jeszcze godzina-dwie—i będzie po wszystkim—wyjdę sobie na ulicę tak normalnie,zwyczajnie—i nic już nie będzie moje—żaden dom,że o rzędach domów już nie wspomnę—nic nie będzie mi się kłaniać,dachówkami do ziemi,w poranym porozumiewawczym pokłonie. Miasto nawet mnie nie zauważy—żebym nie wiem jak się starała-niczym się wybić nie będę w stanie-jedna z tysięcy tysięcy…
Ale teraz-jeszcze teraz—biegnę sobie,w poczuciu przynależności do czasu i miejsca. Odgłos butów moich przekazywany jest echem od kamienicy do kamienicy—słońce goni wraz ze mną,wyskakując na mnie z nagła,gdy kąt biegu zmieniam—i robi nam się ciepło,aby po kilku sekundach wylać na mnie dreszcze cienistej,chłodnej ulicy—ale biegnę dzielnie,wiedząc,ze bawimy się w chowanego,i za chwilę znowu ciepło olśniewające oślepi mnie z nagła—taka nagroda za to,że bawić się wciąż potrafię…
Nad rzeką skręcam, włączając się w nurt przy-rzeczny. Jest nas kilkoro. Malutkie postaci,mijające się porozumiewawczymi uśmiechami. Bo my jesteśmy w stanie łaski.Tak,tak-jesteśmy łaski pełni.Kto biega,ten wie,o czym piszę. Kto nie biega-uzna to za infantylny bełkot,tak więc kończę z tego miejsca już.

Pierwszy raz-na lawendowo:-)

Do niedawna pisałam sobie na fejsbuku ,lecz pewnego dnia,jednym zgrabnym kliknięciem przestałam tam istnieć.I co? I nic. Żadnych maili z błagalnymi prośbami,abym wszystko odkręciła,reaktywowała,i się ostała jednak pomimo. Nic z tych rzeczy.Jedynie Ania porwała trochę włosów z głowy,zapewniając mnie,że lubiła czytać moje posty,bo umacniały ją w wierze,że ze mną wszystko ok. A ona musi się przecież upewniać,bo tak sama z siebie to ona siły i wiary aż tyle nie ma.No więc dobrze-myślę sobie-przestałam wypisywać mądrości-trzymam je w sobie--wszelkie codzienne eureki--międlę i trawię,i niby robię się od tego wszystkiego mądrzejsza-tyle,że coś jest na rzeczy...Bo,jak to kiedyś powiedział Christopher McCandless-"Happiness only real when shared"...
Prosto z drzwi będę pisać,jako zawsze pisałam.I nigdy nie będę goło-słowna:-) Rano-prosto z drzwi łazienki-do klawiatury.Po odpaleniu kompa,zanim w nim  się wszystko przywoła z kosmosu-polecę do kuchni po kawę,i prosto z drzwi kuchennych-do klawiatury,która już uformuje szyk bojowy-teraz wystarczy klikać jeno,aby powstało to,co będzie jako-takim odzwierciedleniem pola bitwy,jakie w głowie powstaje,z sukcesywnie zmieniającymi się układami sił.I co dziwne-ja nigdy nie wiem,jaka bitwa mnie czeka.Czy wytoczą mi się armaty,czy pojadę otwartym ogniem,czy może gdzieś zza rogu strzelę sobie raz,a celnie,i ucieknę precz? 
Wieczorem-także prosto z drzwi,po wieczornych zajęciach-dopadnę kompa,aby zapisać to,co mi w duszy grało przez calutki dzień-i znowu przekonam się,że myśli puszczone wolno formują się w całkiem zgrabne,wręcz odkrywcze konkluzje--ale juz podczas prób ujęcia myśli w słowo pisane-tracą myśli na wartości-tak moje rzemiosło kuleje.... Ale nie poddaję się-ba!-jak widać tu oto-idę na całość,pełna wiary i nadziei:-) 
Zaraz się opublikuję,i sama zobaczę,jak się mnie czyta:-)