Miasto wyludnione-święto dziś. W kraju,gdzie jedyną religią,scalającą obywateli-jest wiara w kasę oraz cudowną moc rzeczonej-w kraju,gdzie kościoły robią już tylko za muzea, zwykle pozakluczane na siedem spustów,bo przecież jakby były pootwierane,to by sobie wchodzili,jak do siebie,a tak- muszą zapłacić bilet,nawet wtedy,gdy pośród chętnych znalazłby się jakiś naiwny a zgnębiony, ku ziemi zgięty człowiek,szukający chwili sam na sam z tzw sprawami wyższymi,szukający wytchnienia –nawet ten,pokorą wiedziony i chęcią pokajania się—nie mógłby ot-tak sobie wejść i rzeczonego spokoju zaznać w cichej a chłodnej nawie—nie—najpierw stop—bilet—szukanie po kieszeniach—liczenie kasy—i cała chęć pokajania się bierze w tzw łeb—i już pryska moment niezwykłości—i już pokorny turystą się staje—już dołączył do całej reszty- tych z aparatami i fleszami,co Rubensom po oczach dają,aż do łez….
Miasto wyludnione dziś. Mamy święto W-Niebo-Wstąpienia (nie pytaj mnie-wiem tyle,co i Ty)—wszędzie spokój i cisza-jest już siódma rano,słońce oraz ptactwo daje znać o sobie-i w tym świergocie porannym i ja biorę sobie udział—szykując się szparko do wylotu. Wylatuję na swój bieg patrolowy,wzdłuż rzeki Skaldy-dobiec tam muszę poprzez kilka ulic, co czynię chętnie,bo lubię napawać się faktem niezwykłości każdego poranka,a poranek taki,jak ten-z ludzi ogołocony—jest mi szczególnie miły. Biegnę sobie,wsłuchując się w mój rytmiczny tupot białych butów. Żywej duszy dookoła-jestem tylko ja, oraz miasto me.Jakże życzliwie mi się przyglądające-mające czas dla mnie-pochylajace się ku mnie rzędami domów swoich,które ku rzece mnie prowadzą. To mój czas. Jeszcze trochę,jeszcze godzina-dwie—i będzie po wszystkim—wyjdę sobie na ulicę tak normalnie,zwyczajnie—i nic już nie będzie moje—żaden dom,że o rzędach domów już nie wspomnę—nic nie będzie mi się kłaniać,dachówkami do ziemi,w poranym porozumiewawczym pokłonie. Miasto nawet mnie nie zauważy—żebym nie wiem jak się starała-niczym się wybić nie będę w stanie-jedna z tysięcy tysięcy…
Ale teraz-jeszcze teraz—biegnę sobie,w poczuciu przynależności do czasu i miejsca. Odgłos butów moich przekazywany jest echem od kamienicy do kamienicy—słońce goni wraz ze mną,wyskakując na mnie z nagła,gdy kąt biegu zmieniam—i robi nam się ciepło,aby po kilku sekundach wylać na mnie dreszcze cienistej,chłodnej ulicy—ale biegnę dzielnie,wiedząc,ze bawimy się w chowanego,i za chwilę znowu ciepło olśniewające oślepi mnie z nagła—taka nagroda za to,że bawić się wciąż potrafię…
Nad rzeką skręcam, włączając się w nurt przy-rzeczny. Jest nas kilkoro. Malutkie postaci,mijające się porozumiewawczymi uśmiechami. Bo my jesteśmy w stanie łaski.Tak,tak-jesteśmy łaski pełni.Kto biega,ten wie,o czym piszę. Kto nie biega-uzna to za infantylny bełkot,tak więc kończę z tego miejsca już.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz